poniedziałek, 7 czerwca 2010

W Mieście Włókniarzy


W piątek 4 czerwca wybrałem się do Łodzi na III Operację Łódzką, czyli konwent poświęcony planszowym grą wojennym. Kolejna już odsłona imprezy zgromadziła jak zwykle grono zapalonych miłośników naszego hobby, głównie z centralnej Polski. Nieskromnie mówiąc, jako jedyny reprezentowałem północne Mazowsze, Prusy i Litwę.
Na miejscu dostępnych było kilkanaście różnych planszówek z zasobów Łódzkich Strategów, swoje „zbiory” przywiozła też większość uczestników. Osobiście wziąłem nasze klubowe Boże Igrzysko oraz mój najnowszy zakup Warriors of God’s. Od tego pierwszego rozpocząłem piątkowe rozgrywki, gra daje niesamowity fan, w ciekawy sposób oddaje wiele procesów historycznych, pisałem już o niej kilkakrotnie na naszej stronie. Wśród grupy Łódzkich Strategów do tej pory nieznana - została bardzo dobrze przyjęta.
Po obiedzie, w pięcioosobowym gronie zasiedliśmy do Joan of Arc, na którą szykowałem się od dłuższego czasu. W dużym skrucie jest to wieloosobowa gra strategiczno-dyplomatyczna, w której każdy gracz kieruje jedną ze stron Wojny Stuletniej. Mi w udziale przypdła gra Anglią i przez cały czas toczyłem ciężkie boje z Flandrią o północne prowincje. „Joannie” wiele brakuje do chociażby Gry o Tron, zbyt dużo zależy w niej od ślepego losu (mimo że jest dość abstrakcyjna), kuleje element militarny – nie ma tu miejsca na żadne nawet najmniej finezyjne manewry. Za grą przemawia jedynie bardzo ładne wykonanie.
Wieczorem, w towarzystwie mojego współtowarzysza w pokoju hotelowym, znanego wyjadacza w świecie wargamingu – Darth Stalina zasiedliśmy do Warriors of God. Znowu Wojna Stuletnia, Dziewica Orleańska itp, tym razem jednak „odpowiednio podana”. Dla Dartha był to pierwszy raz z „Joanną”, więc trochę pomarudził na kostki i łuczników. Ja grałem trzeci i grą czuję się oczarowany! Po najbliższym spotkaniu klubowym w dłuższym raporcie z rozgrywki napiszę dlaczego.
Dziękuję wszystkim uczestnikom III Operacji Łódzkiej, wszystkim nowo poznanym oraz tym z którymi mogłem pograć i pogadać o naszej wspólnej pasji. Do zobaczenia za rok!

wtorek, 25 maja 2010

Rewolucja przemysłowa i wyprawa na Moskwę

15 maja odbyło się kolejne spotkanie Wyszkowskiej Inicjatywy Planszówkowej. We trzech (Damian, Tomek i ja) rozpoczęliśmy od Brassa, czyli rewelacyjnej gry o rozwoju przemysłu w Anglii. Tomek wybrał od początku strategię węglowo-transportową, czyli zarabiając na węglu starał się punktować na największej i najbardziej dochodowej liczbie połączeń - kanałów i kolei, od czasu do czasu sprzedając jakąś bawełnę. Damian silnie inwestował i rozwijał przędzalnie, nie bojąc się kolejnych pożyczek, równocześnie starał się zmonopolizować porty i przeskadzać mi w ulubinej przeze mnie strategii stoczniowo-hutniczej. Ostatecznie wygrał Tomek, co było małym zaskoczeniem, gdyż dostarczał nam głównie taniego węgla i budował koleje. Brass wymusza optymalizację lub konsekwencję, poza tym grając przekonałem się, że "co mam zrobić w następnej turze lepiej zrobić w tej turze". Czyli czas, to pieniądz jak mawiają w ojczyźnie autora.


Po ok. 2 godzinach, w naszym "żelaznym" ostatnio składzie powiększonym o Adamnsa, usiedliśmy do Kutuzova. Gry wojennej symulującej wyprawę Napoleona do Rosji w 1812 r. Grę napędzają zagrywane przez graczy karty, aktywujące do ruchu poszczególnych wodzów lub wywołujące historyczne zdarzenia. Na wojnie, jak i w większości gier wojennych istotne znaczenie ma szczeście. W Kutuzovie trzeba trochę "poturlać" kostkami, czasem mają one istotne znaczenie. W naszej rozgrywce stroną francuską kierowaliśmy ja i Adamns, a Damian z Tomkiem Rosjanami. Nie pomni historycznych doświadczeń "carscy generałowie" od początku starali się stawić zażarty opór już na rubieżach Cesarstwa Rosyjskiego, dało to im kilka pyrrusowych zwycięstw w bitwach. Przewaga Francuzów latem 1812 r. była jednak zbyt wielka. Rosjanie stracili 80% sił żywych i mimo stosunkowo wysokich strat Francuzów oraz spadku ich morale, w carskiej armii wybuchł bunt i sprawa była dla Rosjan przegrana (dla wtajemniczonych napiszę, że wypadla 6 w teście "Will to fight?"). Grę zakończyliśmy po 1 etapie (na cztery możliwe).
Z dużym opoźnieniem dziekuję wszystkim obecnym za dwie bardzo emocjonujące rozgrywki i zapraszam na następne spotkanie klubowe już w sobotę 29 maja!

środa, 12 maja 2010

Weekend z Grenadierem


W miniony weekend reprezentacja Wyszkowskiej Inicjatywy Planszówkowej w osobach Adamnsa i mojej brała udział w warszawskim GRENADIERZE. Jest to cykliczna impreza, organizowana ze sporym rozmachem, poświęcona szeroko rozumianemu wargamingowi (rekonstrukcje, figurki, planszówki). Z racji naszego zamiłowania brylowaliśmy głównie w części planszówkowej Konwetu.
Przez ponad 30 godzin udało mi się zagrać sześć partii w kilka bardzo dobrych wieloosobowych gier. Min. Succesors, amerykańską, dopieszczoną wersję popularnych w naszym klubie Strategosów; Pacyfic Taphoon lekką grę karcianą o walkach na Oceanie Spokojnym podczas II Wojny Światowej. Gra jest bardzo przyjemna w swojej prostocie, ładnie zilustrowana i byłaby świetnym potencjalnym nabytkiem klubowym gdyby nie jej kosmiczna cena. Następnie grałem w dość złożoną Revolution: The Dutch Revolt 1568-1648, grę o walce polityczno-religijnej różnych frakcji XVI-XVIIwiecznych Niderlandów. Określiłbym ją jako przekombinowany GoT, z ograniczoną sferą militarną, ale bardzo ciekawym tłem historycznym. Lubię ten gatunek i generalnie oczekiwałem więcej po tym tytule. Na koniec zagrałem w Napoleonic Wars, grę mechanicznie łączącą w swoich załozeniach Kutuzova z... Sukcesorami. Co prawda mamy tu dużo bardziej sformalizowane zasady dyplomacji, ale bić trzeba najlepszego i sporą rolę odgrywa flota. Ten tytuł mnie bardzo pozytywnie zaskoczył.
Podsumowując, dawno się tak nie nagrałem!
P.S. W sobotę 15 maja długo oczekiwane spotkanie naszego klubu. WOK Hutnik, s. 10, godz. 15.00. Do zobaczenia!